Stan wojenny!

January 21st, 2012

petycja do podpisania

2011 – małe podsumowanie

December 31st, 2011

Wiem, że rzadko piszę na tym blogu, postaram się to nadrobić… Właśnie kończy się rok 2011, więc przydałoby się wypocić coś na kształt małego podsumowania.
To był dobry rok, mimo że w moim życiu nic znaczącego się ani nie wydarzyło ani nie zmieniło. Ale nie zmieniło też na gorsze, więc jest to jakiś plus. ;] Ów blog nie jest jednak odpowiednim miejscem na wywody o moim życiu, więc pozwólcie, że pominę ten temat. :P A opowiem o kilku pierdółkach.

Co do mojego radosnego tworzenia – rok 2011 był bez wątpienia dobrym rokiem dla mojej sztuki. Minął mi na pracach nad trzema komiksami – “Wariatem i Wilkiem”, “Lady and the Doug” i “Jednym żywotem kota Ralpha”. I o ile WiW był aktualizowany regularnie, tak aktualizacja dwóch pozostałych tytułów szła mi jak krew z nosa – przez cały rok powstało siedem stron Ralpha, ale to jeszcze nic – przez ten cały czas zrobiłam remake tylko pięciu stron LiD. Kajam się, wstyd mi i obiecuję poprawę… Zwłaszcza, że od pewnego czasu staram się pracować metodą “jeden kadr LiD, jeden kadr Ralpha, inne arty/komiksy i tak na przemian”. No i wtedy jakoś szybciej to idzie.
Tak czy owak w nowym roku nie planuję wystartować z żadnym nowym projektem, trzy to maksimum.
Dodam jeszcze, że w roku 2011 zmieniła się też troszeczkę moja technika – wyrzuciłam w kąt cienkopisy i linearty robię już wyłącznie za pomocą tabletu – dzięki temu moje rysunki są staranniejsze i jakoś tak lepiej wyglądają, tzn taką przynajmniej mam nadzieję. ;D

Co do mojej obecności w internecie – nieciekawe są perspektywy PGCT – nie ukrywam, że poważnie myślę nad zamknięciem tej strony. Newsmani olali serwis cienkim sikiem, komiksów i filmów nikt nie tworzy, można chyba powiedzieć, że polska scena Gmoda zdycha. Nawet na HC praktycznie nie pojawiają się żadne posty na ten temat, o twórczości Gmodziarzy nawet nie wspominając… A i mnie ustawianie ragdolli i przeżuwanie po raz setny tych samych dowcipów dotyczących martwej gry (tak, mówię o HL) już nie bawi.
Lista serwisów, na których aktywnie się udzielam powiększyła się natomiast o tumblr – mam tam bloga z rysunkami, bardzo często aktualizowanego, więc jak ktoś ma konto i chęć to zapraszam do podążania. ;]
No i warto nadmienić także, że niecały rok temu LouInsomnia pojawiła się na facebooku. Jeśli ktoś lubi serwisy tego typu i chce być z moją bohomazownią na bieżąco – zachęcam do lubienia. ;]

Rok 2011 był kolejnym rokiem posuchy dla fanów HL. Oczywiście pojawiło się kilka małych iskierek, ale szybko się wypaliły albo zostały wręcz brutalnie zdeptane przez samo Valve – Bóg jeden wie, czy nowy HL kiedykolwiek ujrzy światło dzienne, a Zawór przez kolejny rok dobitnie pokazał fanom, że ma ich w głębokim poważaniu. Tak więc przed nami kolejny rok oczekiwania, ale nie wiadomo na co. I już chyba nikomu nie chce się o tym gadać…

Z pomniejszych newsów:
Spalił mi się zasilacz od skanera. Jestem trochę w dupie, bo wprawdzie szkice przeznaczone do całkowitej cyfrowej obróbki mogę sfotografować aparatem i potem bawić się nimi w PS, jakkolwiek metoda ta odpada przy traditionalu – jakość zdjęcia w porównaniu ze skanem jest do dupy. Nowy zasilacz jest już zamówiony i mam nadzieję, że szybko do mnie dotrze. I że mój skaner nie padnie całkowicie…

Ostatnio na moim koncie Steam pojawiły się trzy nowe gry, w tym dwie zupełnie za friko. Pierwsza to Portal2, który sprezentował mi Maxiter – wdzięczność wyrażałam już milion razy, ale co mi szkodzi jeszcze raz – dziękuję! ;) Druga to L4D, na który udało mi się załapać przez ogłoszenie na HC – tutaj podziękowania wędrują do Alixo. :) A trzecia to pierwszy Serious Sam w wersji HD – tym razem gierka kupiona podczas świątecznej promocji. Także mam w co grać, niestety moją idyllę przerwie wkrótce nadchodząca wielkimi krokami sesja – cóż, nie ma opierdzielania się. ;]

No, to chyba tyle. Życzę wszystkim moim Przyjaciołom i Czytelnikom szczęśliwego Nowego Roku, żeby był lepszy od poprzedniego, żeby udały się wszystkie Wasze plany i ogólnie żeby było zajebiście. ;] Najlepszego!

Koleje Śląskie – debiut

October 3rd, 2011

Jako, że jestem znana z narzekania na PKP na różnych blogach i forach, nie mogę pominąć milczeniem debiutu Kolei Śląskich. Dla tych, którzy są nietutejsi małe wyjaśnienie – Koleje Śląskie to nowa spółka, która przejęła od Przewozów Regionalnych trasę Gliwice – Częstochowa. Wielkie wejście Kolei Śląskich miało miejsce w sobotę, 1 października. Akurat miałam tego dnia zajęcia na uczelni, a że studiuję w Katowicach, postanowiłam przejechać się pociągiem nowej spółki. Według internetowego rozkładu PKP, który zawsze przezornie sprawdzam wieczorem w przeddzień wyjazdu, pociąg miał odjazd o 9.04, podobnie jak było to w poprzednich tygodniach i miesiącach. Na stronie wyczytałam, że w moim mieście znajduje się kasa Kolei Śląskich, ale nie wiedząc co zastanę przezornie pojawiłam się na dworcu piętnaście minut wcześniej. Okazało się, że była do słuszna decyzja, gdyż pani w kasie obsługiwała interesantów dość długo. Sama czekałam chyba pięć minut na wydanie biletów. Ale nie mam żadnych pretensji, wszak wiadomo – to pierwszy dzień. Zdążyłam na pociąg, a to było najważniejsze. Punktualnie na peronie pojawił się piękny żołto-niebieski FLIRT (jak dotąd miałam okazję jechać nim tylko dwa razy w przeciągu roku). Wsiadłam i wszystko przebiegło bez żadnych komplikacji i awantur. Muszę nadmienić, że pociągiem tym jedzie się niesamowicie wygodnie, wręcz lekko, nie stuka, nie trzęsie, nie szarpie jak w tradycyjnych “kiblach”. Na miejsce dojechałam punktualnie i bez żadnych problemów.
W drodze powrotnej przyjechał równie piękny ELF. Tym jechało się troszkę (ale tylko troszkę) mniej wygodnie, ale podejrzewam, że to dlatego, iż siedziałam w bliskiej okolicy koła (nie wiem tylko, czy ta stara autobusowa zasada sprawdza się też w nowoczesnych pociągach :P ). ELF miał tą przewagę nad FLIRTem, że na specjalnych wyświetlaczach pokazywała się nazwa aktualnie mijanej stacji i następnej, a podobno nawet nazwy te czytał głos z głośnika niczym w autobusie, ale nie słyszałam, bo miałam na uszach słuchawki. Wierzę jednak na słowo tym, którzy mi potem o tym powiedzieli. Zauważyłam także, że pociąg nie ma możliwości otwarcia okien, ale jest klimatyzowany. Do domu również dojechałam punktualnie i bez problemów.
Drugiego dnia było już nieco mniej różowo. Przychodzę na dworzec, a tam zastaje mnie wywieszka, że kasa w niedzielę czynna jest dopiero od 7.30. Super, a ja mam pociąg o 7.04! No i co teraz? Będzie trzeba kupić bilet u konduktora. Przezornie ustawiłam się z przodu, wsiadłam pierwszymi drzwiami i szybko przecisnęłam się na przód składu, co okazało się doskonałym posunięciem, bo nie dość że znalazłam miejsce, to jeszcze znalazłam się na samym przodzie kolejki. A kolejka ustawiła się pokaźna… Konduktor wydał mi bilet (oczywiście zniżka studencka jest honorowana), usiadłam sobie grzecznie i nagle jakaś kobieta zaczęła się awanturować. Co to ma być, jedna osoba do wydawania biletów, kolejka jak stąd do Tokio, a przecież KŚ miały być przyjazne dla klientów, ona sobie nie życzy, to pasażerów powinni obsługiwać a nie że stoją w kolejce i takie tam (ja miałam to w dupie, bo dostałam bilet jako druga :P ). Konduktor jednak nie dał się sprowokować i powiedział wszystkim, żeby usiedli, a on się potem do nich pokwapi. Nie wiem, czy tak się rzeczywiście stało, ale trzeba było kobiecie przyznać rację w jednym – zanim konduktor obsłużyłby tą całą, stale rosnącą wraz z następnymi stacjami, kolejkę – pociąg już dawno znalazłby się w Częstochowie. Podejrzewam więc, że wiele osób jechało sobie tego dnia za darmo. :]
Droga powrotna minęła bez problemów – bilet kupiłam w Katowicach (znajdują się tam dwie małe kasy KŚ, czynne od 5 z hakiem do 21.45) i nawet udało mi się trafić na moment bez kolejki. Jechałam FLIRTem, a że pociąg ten ma sporej wielkości okna – nie było możliwości przegapienia docelowej stacji. Nawiasem mówiąc zobaczymy jak sprawdzi się to w zimie, kiedy okna są zaparowane, a na dworze panują egipskie ciemności.
Tak więc reasumując – pierwsze dwa dni debiutu Kolei Śląskich ogłaszam za udane, mimo tych małych zgrzytów. Mam nadzieję, że później będzie już tylko lepiej i będziemy zadowoleni z nowego przewoźnika. Bo nareszcie coś się ruszyło do przodu.

Luizowa Kronika Filmowa IV

September 20th, 2011

Musicie mi wybaczyć, że nic ostatnio nie wrzucam, ale myślę, że jakoś to przeżyjecie. ;] Ostatnio głównie rysuję, praktycznie w nic nie gram, a czas wypełniają mi smętne problemy dnia codziennego… Ale nieważne.
Dziś będą opisy czterech filmów animowanych, jakie miałam przyjemność (lub nie) obejrzeć w ostatnim czasie.
No to – zaczynamy.

“Zakochany wilczek” – już na samym początku zwróciłam uwagę na niezbyt zgrabne tłumaczenie, oryginalny tytuł (“Alpha and Omega”) brzmi znacznie lepiej. Ale do rzeczy. Wilk Humphrey podkochuje się w pięknej wilczycy Kate. Nie mogą być jednak razem, ponieważ on to omega, a ona – alfa. Pewnego dnia oba wilki zostają wywiezione do odległego rezerwatu, ale postanawiają stamtąd uciec, odbywając długą podróż, która zmieni ich życie i przeznaczenie. Szczerze mówiąc owa animacja nie jest niczym specjalnym – da się oglądać bez niestrawności, ale to typowa produkcja dla dzieci, która niczym się nie wyróżnia.

“Rango” – film reklamowany przed premierą jako ósmy cud świata. Postanowiłam sprawdzić, czy faktycznie jest w tym choć odrobina prawdy, ale niestety lekko się rozczarowałam. Ale zacznijmy od początku. Fabuła jest dość dziwna, ale w pozytywnym sensie. Kameleon Rango mieszka w terrarium i przechodzi kryzys osobowości. Któregoś dnia jego właściciele przeprowadzają się i na środku drogi prowadzącej przez szczerą pustynię terrarium Rango wypada z samochodu i rozbija się, a kameleon odzyskuje wolność. Po długiej wędrówce dociera do podejrzanego miasteczka ala dziki zachód zamieszkiwanego przez zwierzaki, gdzie towarem deficytowym jest woda, a rządy sprawuje podejrzany burmistrz i jego przydupasy. Oglądając ten film przede wszystkim nie mogłam ustalić dla jakiej grupy odbiorców jest właściwie przeznaczony. Niektóre teksty i odzywki bohaterów niespecjalnie nadają się dla dzieci, ale jednocześnie zastosowano też całą masę różnych dziecinnych zabiegów. Projekty postaci też średnio powalają urokiem – nie wiem, czy taki był zamysł, ale zwierzaki wyglądają po prostu brzydko i wręcz odpychająco. I dałoby się to przeżyć, gdyby nie jeden fakt, który przekreśla u mnie ten film – gówniany humor, i to dosłownie. Co chwila słyszymy żenujące “żarty” na temat srania, rzygania, pierdzenia i innych czynności fizjologicznych. Kuźwa, srsly, kogo to jeszcze bawi?
Obejrzałam film w całości i nie dostałam zgagi, ale twórcy przesadzili reklamując swoje dzieło jako przełomowe i genialne… Jedynym plusem są nawiązania do popularnych westernów – tyle, że nie jestem fanką westernów. :]

“Rio” – a tutaj dla odmiany bardzo przyjemny i sympatyczny film. Papuga Blu jako pisklę została schwytana i przemycona z Rio do Ameryki, gdzie zaopiekowała się nim Linda. Żyli sobie razem w spokoju, aż pewnego dnia do drzwi Lindy zapukał gamoniowaty ornitolog Tulio i oświadczył, że Blu jest ostatnim samcem swojego gatunku i powinien połączyć się z samiczką o imieniu Jewel. W tym celu Linda wraz ze swoim ulubieńcem rusza w podróż do Rio, ale to dopiero początek przygód.
Ogólnie film jest ogromnie sympatyczny i zabawny – ładna animacja, ładny design postaci, fajna muzyka, żadnych żartów o pierdzeniu, a na okrasę cudowne krajobrazy Rio de Janeiro. Mogę polecić z czystym sumieniem.

I ostatni film…
“Matki w mackach Marsa” – tym razem produkcja ze stajni Disneya. Sam tytuł nie brzmi zachęcająco, a i kilka negatywnych recenzji przeczytałam, więc podchodziłam do tego filmu dość sceptycznie. Jak się okazało – niesłusznie. Mały Milo ma dość swojej mamy – ciągle każe mu sprzątać, wynosić śmieci albo jeść ohydne brokuły. No po prostu koszmar. Tymczasem na Marsie, niczym w filmie “Seksmisja” rządy sprawuje zła przywódczyni ze swoją armią samiczek. Wszystkie dzieci płci męskiej są wyrzucane na śmietnisko (dosłownie), a dziewczynkami opiekują się mechaniczne nianie. Te jednak sprawują się kiepsko, dlatego co pewien czas Marsjanki porywają z Ziemi dobrą ludzką mamę, by przekazać jej umiejętności nieudolnym robotom (przy czym ludzka mama zostaje wtedy uśmiercona). Tym razem padło na mamę Milo. Chłopcu w ostatniej chwili udaje się dostać do statku obcych i wkrótce ląduje na Marsie, gdzie postanawia odszukać i uratować swoją rodzicielkę. Pomoże mu w tym ukrywający się na czerwonej planecie Gribble (jest lekko stuknięty, ale nosi w sobie pewną smutną tajemnicę) oraz Ki, zbuntowana Marsjanka.
Przyznam, że obejrzałam film z przyjemnością. Jest akcja i nawet morał, czego próżno szukać w większości dzisiejszych filmów animowanych. Jedyną wadą jest fakt, że bohaterowie ciągle nawijają jakimś żałosnym slangiem, ale da się to przeżyć. Jest ok.